Wojna widziana oczami 16-latka

Po 69 latach wrócił do miejsca, gdzie ziemia pochowała jego kolegów z pola walki. Rzesza kazała mu walczyć przeciw aliantom. Wierzył, że walczy dla swojej ojczyzny. Dziś wie, że konflikt potrafi zbierać śmiertelne żniwo. Wspomnieniami 16-letniego żołnierza Kriegsmarine zabieramy Czytelników do roku 1945, gdy nad Świnoujście nadleciały bombowce walczące z Hitlerem.


Karl – Heinz Rahm ma dziś 85 lat. Jak mówi, wszyscy jego znajomi, koleżanki, koledzy z klasy, młodości już nie żyją.


- Wojna to były straszne czasy – mówi poważnym głosem i lekko uśmiechając się dodaje: - Ale to była moja młodość...


Urodził się w Człuchowie na Pomorzu. Pod koniec roku szkolnego do jego klasy przyszedł niemiecki oficer. Odczytał wezwanie do wojska. Był rok 1944. Parę dni później cała jego klasa była już w drodze na morze, gdzie niemiecka Rzesza miała zrobić z nich germańskich wojowników.



- O tu był barak! A tam z tyłu ścieżka prowadząca na osiedle, gdzie był sklepik z oranżadą! Działa były olbrzymie. Ale tu pięknie - mówi starszy mężczyzna przedzierając się przez krzaki. Na uwagi towarzyszących mu osób, żeby uważał na nierówności i krzaki, Karl szeroko się uśmiecha:- Dobry rocznik 29... 1929!


Karl-Heinz Rahn urodził się w Człuchowie. Pewnego dnia, tuż pod koniec roku szkolnego, do jego klasy przyszedł niemiecki oficer i odczytał wezwanie do wojska. Był rok 1944. Parę dni później cała jego klasa była już w drodze na morze, gdzie niemiecka Rzesza miała zrobić z nich germańskich wojowników.


Piechotą do Świnoujścia

 

Kilkunastu chłopców przewieziono do Alhbecku na szkolenie podstawowe, które trwało miesiąc. Jednostka do której trafił była jedną z kilku szkół Kriegsmarine zlokalizowanych wokół Świnoujścia. Szkolono w nich specjalistów dla jednostek brzegowych i okrętów niemieckiej marynarki wojennej. Tzw. unitarka nie była łatwa, ale minęła błyskawicznie. Na początku sierpnia Karl wraz z kilkudziesięcioma kolegami złożył przysięgę. Nazajutrz, piechotą trafił do Świnoujścia. Młodych adeptów sztuki wojennej zakwaterowano w koszarach dzisiejszego urzędu miasta. Po kilku dniach podzielono na grupy i przydzielono do poszczególnych baterii.

 

- Dostaliśmy mundury feldgrau ze złotymi kotwicami na pagonach. Zostałem nabrzeżnym artylerzystą – opowiada Karl-Heinz Rahn.
Większość byłej klasy pan Karla trafiła do Baterii Osternothafen. Obiekt zachował się do dziś. - Zamieszkaliśmy w drewnianych barakach stojących na południe za baterią. Dwunastu w jednej izbie. Służba nie była ciężka, a poczucie dumy bycia żołnierzem i nienawiści do wroga olbrzymie. Tak nas wychowano – mówi Karl.


Chłopak miał szczęście. Ze względu na swoją posturę przydzielono mu funkcję, która polegała na przekazywaniu komend dla załogi pracującej przy dziale. – Miałem słuchawki na uszach i głośno powtarzałem to co w nich usłyszałem. I tyle – mówi.


Słodkości za bony i flądra z Bałtyku


Młodzi żołnierze wstawali o 6.00. Po skromnym śniadaniu i apelu spędzali większość czasu na szkoleniu i konserwacji sprzętu. Życie w baterii było spokojnie i monotonne, przerywane tylko próbnymi alarmami bojowymi.


Przez cały okres mojego pobytu w Świnoujściu na bojowo ostrzyliśmy ogień kilka razy. Choć klucze samolotów lecących od strony morza na południe w kierunku Szczecina, widzieliśmy wiele razy. Nie strzelaliśmy do nich bo leciały za wysoko (przyp. baterie zwalczały nieprzyjacielskie lotnictwo do wysokości około 6 km).


Latem razem z kolegami chodził kąpać się na plaży. Ale tylko na wąskim odcinku, bo reszta była zaminowana. Na przepustkach, przynajmniej raz w tygodniu, udawało im się wyrwać do Świnoujścia. Dzięki specjalnym bonom Karl kupował wtedy słodkości na chlebowym targu.
Te bony miałem od taty piekarza. Bez nich ze słodkości byłyby nici – wspomina 85-latek.

 

Raz w tygodniu znajomy rybak podrzucał młodym żołnierzom kilka kilogramów flądry. Łowił je niedaleko baterii.
- Ja smak tej ryby pamiętam do dziś – dodaje Karl. Najsmutniejsze były święta Bożego Narodzenia. Dla większości chłopców pierwsze święta poza domem.

 

Alianckie samoloty przyleciały w marcu

 

Nalot rozpoczął się w południe 12 marca 1945 roku. Ogłoszono alarm bojowy i już po chwili, wąskimi transzejami prowadzącymi spod baraków aż do wejścia do podziemnych bunkrów, kilkudziesięciu młodych chłopców wbiegło pod pancerne cielska armat kalibru 10,5 cm. Sprawnie wyćwiczonymi szybko je uruchamiali. Bateria prowadziła ogień do samolotów przez niemal godzinę. Co chwilę słychać było wycie i huk wybuchających bomb.

 

- Słyszeliśmy tylko grzmot za grzmotem! Siedzieliśmy pod grubym pancerzem pewni swojego bezpieczeństwa – wspomina Karl. - Ciężko oddychaliśmy. Było strasznie gorąco Gdy po odwołaniu alarmu wyszliśmy na zewnątrz, cała plaża usiana była lejami. Jeszcze się z nich dymiło.
Okazało się, że bateria miała naprawdę dużo szczęścia. Niektóre z olbrzymich bomb spadły tuż przed fortyfikacjami, zaledwie kilkadziesiąt metrów od schronu, w którym pełnił swoją służbę Karl. Niestety, jedna z zabłąkanych bomb trafiła na tyle blisko, że odłamki zabiły dwóch żołnierzy , którzy pracowali w okolicach schronu amunicyjnego.


- Nad Świnoujściem rozpościerała się czarna łuna i strzelały języki ognia. Było strasznie – wspomina dziś starszy pan.
Chłopcy nie mieli pojęcia o skali tragedii jaka dotknęła miasto. Po chwili musieli wrócić pod stalowe pancerze i zgodnie z poleceniem dowódcy rozpoczęli czyszczenia działa. Karl myślał wtedy tylko o jednym – o rodzicach, którzy jeszcze kilka dni temu przejeżdżali przez miasto. Przecież mogli zostać dłużej i być podczas nalotu.


Po zakończeniu wojny Karl szybko odnalazł swoich rodziców u rodziny pod Berlinem. Już w sierpniu wszyscy wrócili do Człuchowa. Po dwóch latach, w 1947 roku, zostali wysiedleni do Niemiec.


– To była smutna podróż, której towarzyszył olbrzymi żal. Może nawet nienawiść. Wyjechaliśmy pod Dortmund. Zostałem księgowym – rzuca krótko Karl. - Moi rodzice do końca swoich dni wspominali jeziora, lasy i nasz dom. Kilka lat temu odwiedziłem moją ojczyznę. Mój Człuchów.

 

6 września 2014 roku Karl-Heinz pierwszy raz od 69 lat przyjechał do Świnoujścia. Stanął na fundamencie baraku, w którym razem z kolegami spędził blisko 9 miesięcy. Teraz ze łzami w oczach rozpoczął podróż w przeszłość. – Obym miał siłę tu wrócić. Choć jeszcze raz. Tu jest tak pięknie.

 

Bateria Osternothafen (Capella) – jedna z kilkunastu baterii przeciwlotniczych Kriegsmarine zbudowana w lata 1936-38 na obrzeżach nieistniejącego dziś osiedla Osternothafen (pol. Chorzelin). Składała się z kilkunastu żelbetonowych schronów uzbrojonych w działa przeciwlotnicze kalibru 10,5 cm, schronu koszarowego, maszynowni i magazynów amunicji. Poza zwalczeniem nieprzyjacielskiego lotnictwa mogła razić swoimi pociskami okręty. Zachowana do dziś. Jest elementem fortecznej ścieżki edukacyjnej.


Źródło: Kroniki Portowe

 

Fort Gerharda w TVP - "Kawa czy herbata?"

Autor: Fort Gerharda
Czas: 3:25
Data dodania: 03.22.2012

Fort Gerharda w TVN Turbo w programie "Pojechany łikend"

Autor: Fort Gerharda
Czas: 4:35
Data dodania: 03.22.2012

Armata 8,8cm z niemieckiego uboota w Forcie Gerharda

Autor: Fort Gerharda
Czas: 1:39
Data dodania: 11.17.2014
YouTube